Wakacje się skończyły, wczoraj był ostatni dzień lata. Jesień od dzisiaj w kalendarzu panuje i za oknem powoli też. Chłodne poranki i wieczory, na tarasie krócej słońce świeci, wrzos w doniczce się pojawił, żółte, czerwone liście na trawniku. Mimo to ja nadal czuję ciepłe promienie na skórze i słyszę szum morskich fal. A to oznacza bardzo dobrze wykorzystany urlop, oby starczyło do następnych wakacji, które już za rok ;)
Morze takie jak lubię. Jednego dnia spokojne, ciche, delikatnie
rozkołysane jak jezioro, drugiego wzburzone, groźne i nieokiełznane.
Pokazało nam w ciągu trzech dni swoje różne oblicza. Pozwoliło cieszyć
się swoim urokiem od ciepłego, leniwego poranka do bajecznego zachodu słońca.
Wpuściło na chwilę na wyludnioną plażę, rzuciło piaskiem w oczy,
porwało czapki, potargało włosy. Zaparło dech w piersiach, ukoiło. Zdążyliśmy przed
męczącymi upałami i dzikim tłumem plażowiczów opętanych "parawaningiem" uprawianym
masowo z jak największą ilością parawanów na rodzinę już od bladego
świtu. Oby kolejny tydzień był mniej gorączkowy zarówno jeśli chodzi o
pogodę jak i ludzkie (nieludzkie) zachowania w obliczu wysokich
temperatur, bo wracamy. Mało nam jeszcze tego bycia tylko we Troje i
morza oczywiście w niedużej mieścinie...